Pojechałyśmy polną drogą za domem
chłopaka. Ginewra świetnie radziła sobie z karą klaczą bez siodła. Byłam
pełna podziwu dla niej. Skupiona dziewczyna rozglądała się po okolicy.
Po piętnastu minutach dojechałyśmy do rozdroża dróg na skraju lasu.
Ginewra przymknęła oczy i wciągnęła powietrze nosem. Trwała tak przez
dłuższą chwilę.
- Tam. - wskazała bez wahania na drogę po prawej.
Ruszyła pełnym galopem. No, no. Nie poznawałam jej. Podobno była
tropicielem. Takie przynajmniej plotki chodziły po szkole. Przez pewien
czas jechałyśmy udeptaną ścieżką. Nagle dziewczyna skierowała konia w
zarośla. Nie miałam innego wyjścia jak ruszyć za nią. Przez następne
piętnaście minut przedzierałyśmy się przez gąszcz. Skąd wiedziała,
którędy jechać, pozostanie dla mnie zagadką. Skupiona na uchylaniu się
przed niskimi gałęziami, nie zauważyłam, kiedy wstrzymała wierzchowca.
Na szczęście, mój ogierek zrobił susa w bok i uniknęłyśmy kraksy.
Ginewra zeskoczyła z konia na ziemię. Przykucnęła, gładząc ściółkę
leśną. Co chwilę przymykała oczy i wciągała powietrze.
- Jesteśmy na miejscu. - wskazała na największe zarośla przed nami - dalej idziemy pieszo.
Przyjrzałam się z pewnym powątpiewaniem krzakom i dziewczynie.
Wzruszyłam ramionami, pewnie wie co robi. Odwiązałam dwa kantary od
siodła i jeden podałam Ginewrze. Przywiązałyśmy zwierzęta do drzewa.
Jeszcze tego brakowało, żeby nam uciekły. Ku mojemu zdumieniu za
gąszczem w małej dolince stał opuszczony budynek. Dziewczyna
bezszelestnie schodziła na dół.
<Ginewra? :) >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz